… I feel crazy…!

Standardowy

all night

Już tyle czasu minęło…

Czuję jak zimną falą oblewa mnie obojętność.
Zaskakujące są moje zmienne nastroje, raz jest to śmiech, niemal histeryczny a raz oklapnięcie i stan depresyjny.
Teraz faza obojętności.
Jest słońce, dobrze. Nie ma, wszystko mi jedno.
Nie chcę narzekać, naciskać, jęczeć, marudzić, ale..
Czasem to trudne. Nie pomaga już tłumaczenie, że cierpliwość zostanie kiedyś nagrodzona.
Kiedyś na pewno. Ale czy to będzie za tydzień, miesiąc, czy.. ha.. pół roku?
Kto to wie?
W tym tygodniu troche się zmieni. Wyjdę z tego piekła, w które się wpakowałam 3 miesiące temu.
Mam nadzieję że zacznie się coś dobrego. Lepszego. Nie liczę na jakiś raj. Ale do tego koszmaru, w którym spędziłam 3 miesiące nie wrócę.
Nie chodzi o moją relację z Panem. W tej kwestii nie ma piekła i liczę na to, że jednak jest ok w takim stopniu, że jak wykażę się odpowiednią dozą cierpliwości, to tak jak pisałam wcześniej. Zostanie ona nagrodzona.

Myślę, że to nie bedzie łatwe.
Myślę, że na dobry początek będzie potrzebna rozmowa. Jest jedna kwestia, która nie daje mi spokoju, kwestia do której się przyzwyczaiłam, a od stycznia jej nie ma.
Wykazałam się zdecydowaniem i.. poszło w nie tą stronę, którą bym chciała.
Czasem jest jakiś cień nadziei, ale już nie wstępuje we mnie taka euforia jak wcześniej. Bo po euforii przychodził smutek, czułam się delikatnie zawiedziona, bo to jednak nie było to.

Zawsze kiedyś wychodzi słońce.
Mocno w to wierzę.
Znowu potrzeba cierpliwości. I chęci. Pewności. No i oczywiście rozmowy.
Nie musze się do niej przygotowywać. Układać pięknych, poetyckich zdań, bo to, co najważniejsze mówi się prostym językiem, tak prosto z serca.
Piekne i poetyckie mogą być błagania, prośby albo przeprosiny.
To juz przy okazji mogę sobie ułożyć podczas jednej z podróży w tym tygodniu.
W każdym razie.. ta abstynencja.. czuję się jak taka roślinka wyschnięta. A ta obojętność to swoją drogą.
Czasem mam omamy, mam wrazenie że czuję zapach mojego Pana, czasem widze go w przypadkowych ludziach, po kilku mrugnięciach oczami okazuje się że to tylko wyobraźnia płata mi figle, kiedyś miałam wrażenie, ze słyszę Jego głos..

Jeśli chodzi o klimatyczne fantazje.. nic się nie zmieniło.

Czasem, po przebudzeniu jak się przeciągam, składam ręce ponad głową tak, jakbym szykowała się do wiązania. Krzyżuję w nadgarstkach i czuję jak moje ciało się napina.
Czasem opieram sie o ścianę czekając, aż zostanę do niej przyciśnięta bez możliwości ruchu.
A najczęsciej po prostu wyobrażam sobie, jak będzie wyglądało Nasze Pierwsze Spotkanie Po.
Zastanawiam się, co założę na siebie, czy sukienkę i szpilki, czy może odważe się na gorset i spódniczkę, a może coś grzecznego? Każdego dnia wymyślam inny zestaw… albo czym mogłabym zaskoczyć Pana, co bym mogła zrobić, albo co On mógłby mi zrobić, co by się mogło zdarzyć… i tak dalej, płynę w temacie…
Często zdarza mi się wspominać ostatnią Klimatyczną. Nie od razu wszystko, co sie działo. Tak etapami. Raz przypomnni mi się kuchnia i stół, przy którym siedziało tak duzo osób, tak często się wymieniali, że nie sposób ich zliczyć, innym razem przypominam sobie, jak byłam przywiązana do krzyża i nagle poczułam te milion dłoni, strach przed nieznanym, bo co się dzieje?
Ta ciekawość, te emocje, to wszystko wraca. Strach na przemian z podnieceniem.
Chociaż.. ostatnio częściej podniecenie.. ze względu na wizje tego, co mogłabym zrobić na spotkaniu..
W każdym razie!
Najważniejsza: CIERPLIWOŚĆ.

Bo tęsknię. Tęsknię bardzo. Im więcej myślę o tym spotkaniu, które przecież kiedyś się odbędzie, tym bardziej tęsknię. Miotam się w sobie, miotam się na łóżku, nie mogę miejsca sobie znaleźć.
No i te stany.
Czuję jak zimną falą oblewa mnie obojętność.
Zaskakujące są moje zmienne nastroje, raz jest to śmiech, niemal histeryczny a raz oklapnięcie i stan depresyjny…

Su Anusz.