Nieprzeciętne Życie Nieprzeciętnej Suki

Standardowy

Trudno mi znaleźć słowa, by opisać to wszystko, co się u mnie dzieje. 
Pierdolnik na kółkach to bardzo delikatne określenie…

Przez wydarzenie, które miało miejsce kilka dni temu moje poczucie humoru stalo się bardzo specyficzne. 
Może to już czarny humor?

Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi…

Kawałek czasu nie pisałam, mam tego świadomość, dostałam dużo ciekawych i miłych komentarzy motywujących do dalszego pisania, ale.. chyba brakło mi takiego kopa jak w realu. 
Coś, jakieś wydarzenie, które sprawiłoby, że wróciłabym do pisania. 

Może już wariatką jestem, nie mnie to oceniać, mimo wszystko ciągle są jakieś pozytywne aspekty. 
Niekoniecznie dobro ze złem się równoważy (a mówią że równowaga jest ważna!), nie chcę tutaj pogłębiać moich zdolności, które nabyłam przez samo urodzenie się w tym kraju (mam na myśli narzekanie, przecież w tej dziedzinie jesteśmy mistrzami, poza tym byłabym cyniczna, jeśli miałabym pretensje do wszystkich tylko nie do.. siebie). 
Ale mimo to chciałam napisać, że jak się pieprzy to konkretnie i wszystko po kolei. Ja wiem jak to zabrzmiało, mimo usilnych starań ta dwuznaczność jest mega wyczuwalna. Cóż, z tego słynę. Ale proszę o spokój i powagę!

Jedyny dobry okres, o ile okresy bywają dobre, był ten w październiku. 
Zasłużony urlop. 
Kilka dni. Ja. Hotel spa. No i malownicza wieś u podnóża gór.
Teraz tak myślę.. mogłam wcale nie wracać stamtąd.
Mogłam w pizdu się zagrzebać w jakiejś głuszy. I się nie przejmować tym wszystkim. 
Wracając do rajskiego urlopu.
Wszystko miałam pięknie zaplanowane. I transport, i hotel i atrakcje. Pięknie cudownie.
Pana odpowiednio wcześniej poinformowałam o moim planie, który zyskał aprobatę (bo się należy, bo odpoczynek i relaks, w ogóle świeże powietrze i tak dalej), no i nadszedł ten dzień!
Poprzedniego wieczoru spakowałam się do walizki na kółkach, bo przecież torba na 4 dni to za mało dla mnie, musi być dres, dżinsy, legginsy, kostium, seksowna koszulka (finalnie spalam nago..), trapery bo przecież nie zamierzałam siedzieć w pokoju, no wszystko co potrzeba tak naprawdę. 
Dwie kosmetyczki (nie znam umiaru!), ręcznik naturalnie, no i co.. i jakoś tak wypełniła się cała walizka…
Tylko nie przewidziałam że walizka będzie tak samo ciężka jak wypchana torba.
Ale pełna entuzjazmu, no heloł, jadę przecież!, pomyślałam że dam radę.
Oczywiście na wyjazd sukieneczka, taka że jak się pochylałam to było mi widać nagie pośladki obleczone w rajstopy i stringi. Płaszczyk, botki na koturnie, włosy spięte wysoko, makijaż pełny i gwiazda jedzie na autobus!
Tak. Jasne. Plany pokrzyżował mi mój ukochany Pan, ale wcale wściekła o to nie byłam…

Ranek, biegam po domu, już prawie gotowa, założyć ciuchy i mogę wyjść. 
Pan się ze mną droczył jak pisałam że mam jeszcze trochę czasu do wyjścia, żebym nie była taka pewna że mam jeszcze trochę czasu.
Moja mina „O co mu chodzi?” posłana do ekranu telefonu i odłożyłam zaabsorbowana tym, że w końcu zakładam ta czarną sukienkę, w której nigdy nie chodziłam!
Bez dekoltu, elegancka z długim rękawkiem, w pasie odcinana i dół pikowany. 
A z tyłu złoty zamek.
Całkiem nieźle, bardzo mi się podobało, plus jeszcze dla efektu objęłam pasem z ozdobną klamrą talię, żeby było widać, bo kiecka nieco workowata mi się wydawała. A tak to nabrała charakteru.

No i nadszedł moment zejścia po schodach. 
Było moje tup tup bucikami i łubudu! walizką.
Jakoś się doturlałam z tą walizką pod drzwi no i z górki już było.
Przeszłam przez furtkę. 
I powoli powoli schodziłam na dół. 
Stanęłam na chodniku, potrząsnęłam głową (lubię robić wrażenie) i rozejrzałam się, bo już chciałam przejść a tu…
Ktoś zaczął trąbić. 
Tak się zastanawia, ki czort?! Przecież na ulice nie weszłam..
Patrzę w górę.
No a tam…
Nonszalancko, ze krzyżowanymi ramionami stoi mój Pan i mi się przygląda z uśmiechem.
No i Suka zbita z tropu.
Tak stoję i patrzę, no i niedowierzam!
Ale jak to? Co On tutaj robi? 
Zadałam to pytanie na głos, idąc w Jego kierunku.
No a Pan, kochany, powiedział że mnie zawiezie. W to moje miejsce. 
No tutaj zupełnie zaskoczona byłam, ale szczęśliwa, bo nie widywaliśmy się zbyt często, a tutaj taka niespodzianka…
Jeśli chodzi o samo miejsce, jeździłam tam jak byłam takim małym, rozwydrzonym bachorkiem i rozmarzoną nastolatką. 
Matko, ile ja w tym miejscu zostawiłam fantazji erotycznych…! To kosmos jakiś!
Wiejski klimat sprzyja… 
W każdym razie!
Wsiadłam do samochodu i… pojechaliśmy. 
Byłam trochę spięta i przez to miałam wrażenie, że gadam jak najęta, ale Pan mnie uspokoił. Lubi jak mówię, ale że znosi moja gadaninę „że mózg się lasuje” to podziwiam. Naprawdę. 

Jechaliśmy. 
Może nie do końca znaną mi trasą, ale jednak.
chwilami zastanawiałam się, czy mój pobyt się uda. 
Bo w tamtej chwili niczego mi nie brakowało, chciałam żeby ta droga się nie kończyła.

Ale co będzie na miejscu? 
Czy spakowałam wszystko co potrzeba? Co z pogodą? Przecież w górach to zimno…
No ale Pan zadbał o wyjątkowa rozrywkę podczas jazdy.. 
A ja, mimo wszystko, mimo tego długiego niewidzenia się, mimo tych kilku innych wydarzeń, uległam i otworzyłam się. A raczej rozłożyłam. Nogi.

On ma taką moc. Że wystarczy jedno spojrzenie.. nie, wystarczy obecność, a ja już nogi rozkładam. Bez niczego.
A jak składam to tylko się droczę ciekawa, jak zareaguje. Czy krzyknie, czy przyleje, czy każe klęczeć. 
A w samochodzie, może nieco speszona ale bardziej rozbawiona, wyglądałam przez okno i sprawdzałam, czy ktoś patrzy. 
Takie tam, zboczenie.
Ale już się zasłaniałam jak jechało auto z naprzeciwka. To już był inny wymiar. 

Pamiętam, zatrzymaliśmy się na parkingu pod jakimś sklepem.
Założyłam rajstopy a chetnie bym je zdjęła, bo taki ciepły dzień był, że w tej sukience było mi gorąco jak w piekle. 
Ale wysiadłam i Pan otworzył bagażnik… 
Nie, nie żebym wskoczyła i dalszą drogę spędziła w bagazniku (co bardzo by mi się podobało, Pan pewnie też wyraziłby zadowolenie…), cały bagażnik poza tym był wypełniony moją walizką, tylko żebym zabrała Cukiereczka, nową zabawkę. 
Bo oczywiście blond sierota zepsuła Czarnego Przyjaciela. Ale sie popłakałam wtedy.. 
No to trzeba było cos na zastępstwo znaleźć. 
Przeszukiwałam zasoby internetu, aż w koncu natknęłam się na coś ciekawego. 
Wersja mini, różowa. 
Poszłam do sklepu stacjonarnego.
Spędziłam tam półtorej godziny, gdzie zakładałam że będe 20 minut góra.
ale w końcu kupiłam. 

Sprawdziłam z panią sprzedającą. I miał kopa. Na baterie, mały, poręczny i aż mnie zatkało jak poczułam wibracje. 
ALE. 
Nie testowałam na sobie, to nie były mokre testy. Tylko na ręce. 
Testy miały być z Panem, co obiecałam sobie już wcześniej.
No i nadszedł ten moment.

Wskoczyłam na przednie siedzenie no i testowałam..
Na początku nie czułam nic specjalnego, ale byłam tak zużyta ograzmami podczas jazdy… 
Dopiero późniejsze testy przyniosły ciekawe rezultaty.. 
Mimo wszystko podobało mi się to urządzenie. 
To było to czego szukałam…

Dojechaliśmy do hotelu.
Góry górami, ale było ciepło, chodziłam bez płaszcza. Weszliśmy do środka, ja oczywiście byłam zachwycona tym, co mnie otacza i wzruszona, że oto w końcu jestem w miejscu, które dręczyło mnie w snach (odwiedziłam WSZYSTKIE miejsca, które mi się śniły). 
Ale w końcu mogłam powiedzieć, że jestem w miejscu, które kocham, z osobą którą kocham. 
Nic więcej mi nie było potrzebne.
Weszliśmy do pokoju, od razu straciłam głowę, mały, przytulny, ze wszystkim co jest potrzebne. No i podwójne łóżko.. 
Jestem z tego rodzaju osób, które lubią miec poczucie, że mogą w nocy wyciągnąć nogę albo spać w poprzek łóżka bez obawy, że spadną. 
I tak spałam na połówce zwinięta, dopiero po przebudzeniu przeciągałam sie kilka minut. 
No dobra, walizka ustawiona, widok z okna na góry, na przeciwko sklep, no czego więcej trzeba?

Pan zaprowadził mnie do przedpokoju, tak mną kierował, ze w końcu spoglądałam na siebie w lustrze, ręce miałam oparte o ścianę po bokach ramy i czułam jak mój Pan powoli się we mnie wbija.
Prawie przytomność straciłam z tego uczucia, zaszumiało mi w uszach i przymknęłam oczy.
Drapałam ścianę, oparłam policzek o zimną taflę lustra, jak ja tego chciałam!
Nie potrafię oddać całej cudowności i magii tamtej chwili. To zostanie w moich wspomnieniach i to jest najwspanialsze. 
Mój Pan właśnie spełniał moje pragnienia. 
chciałam żeby to robił powoli, nie do granic cukierkowo, ale tak.. tak jak on potrafi, zdecydowanie ale łagodnie. To było takie wzruszające i cudowne.. nie, żadne słowo nie oddaje cudowności tego wszystkiego. Nie będę na siłę szukać…
Co chwila spoglądałam na swoje odbicie w lustrze, byłam nieco zawstydzona jak napotykałam swoje spojrzenie, momentami to Pan łapał mnie za włosy i kazał na siebie patrzeć. 
Poczułam jak się ze mnie wysuwa. Prowadził mnie na drżących nogach, ze splątanymi myślami i rozpalonymi policzkami do łóżka.
To było Nasze popołudnie…

Wszystko co dobre kiedyś się kończy.
Skończyło się i popołudnie.
Było mi smutno, ale nauczyłam się już nie płakać. 
Pan pojechał, ale jeszcze dzwonił.
A ja tego dnia już nigdzie nie wychodziłam.
Dopiero noc przed wyjazdem zorganizowałam sobie wieczór zabaw. I Cukiereczek spisał się doskonale. Oczywiście Pan wszystko wiedział i pozwolił.
Odpoczęłam. Nasyciłam się widokami pięknej jesieni, złoto, pomarańcz i rudości, ale jak to się pięknie przeplatało, i połacie zieleni jeszcze miejscami… czuło się klimat, oj czuło.. 
I wróciłam na ziemię.. 

Miałam co wspominać. 
I w te zimne wieczory, które teraz sa przecież codziennością, miło tak wrócić do tego październikowego urlopu. Wyobrazić sobie te promienie słoneczne ogrzewające twarz i ciepło ale wywołane obecnością drugiej osoby. Ciepło, bezpieczeństwo, spełnienie…

Poznałam też ciekawą osobę. 
Nie jakoś specjalnie, nie żebym szukała, tylko.. tak przypadkiem.
Po rozmowach, które odbywały się.. można powiedzieć cyklicznie, dowiedziałam się że mam z tą osoba wspólny temat. Nie wiem czy to już klimat czy jeszcze nie, ale oblicza klimatu są różne.
Mimo wszystko, klapsy, zniewolenie, proszenie, no i kilka innych.. jak zaczęliśmy gadać to potrafiliśmy dyskutować kilka godzin na ten temat. 
Nie otwierałam się za bardzo, nie czułam potrzeby mówienia o wszystkim, ale jakoś tak wychodziło że zawsze było o czym gadać.
Po prostu, spotykają się dwie osoby i nagle okazuje się że mają o czym rozmawiać. Mimo to jednak nie będę się otwierać za bardzo. 
Kontakt między nami nie jest jak u dwóch „psiapsiółek”, tylko o taki po prostu, masz czas napisz. 

Mam pomysł na kolejne Nasze spotkanie. 
Będę wyglądać jak milion dolarów i trzeba w końcu zachowywać się jak dama, a nie jak postrzelona fruzia w kucykach… 
To będzie piękne… 

A urlop.. pierwszy i tak wspaniały.. no nie, takich rzeczy się nie zapomina… Jeszcze tam wrócę. Obiecałam to sobie.

Trochę dużo napisałam, wiem, ale tak to jest jak się dłuższy czas nie pisało.
Jestem trochę.. rozbita. Ale muszę wrócić do życia. 
Chcę robić to, co kiedyś robiłam.
Zacznę od Suczego. Planowałam popisać jakieś historie (ostatnio mam hopla na punkcie strasznych historii), co jakiś czas dopisuje kilka zdań do tego co zaczęłam, a kolejne miałam zacząć.
Dręczą mnie bezsenne noce, czemu nie zacząć dzisiaj…?

 

P.S.: Wiecie na co czas? Czas na zmiany. 
Nie jest najgorzej, trzeba po prostu iść do przodu, pod żadnym pozorem nie zatrzymywać się i nie cofać, a już na pewno nie patrzeć w tył. Trzeba wziąć byka za rogi!
Pan zawsze mówi, nie poddawać się, próbować, a może akurat się uda. Tylko co jeśli jest się urodzonym pesymistą…?
Boże, daj mi cierpliwości!!!

 

 

Su Anusz.

Lubię szybkie numerki…

Standardowy

… i własnie dlatego taki „szybki numerek” napiszę. :-)

Mam w końcu chwilę czasu.
Masakra :-) ostatnio jest po prostu jedna wielka MASAKRA.
To aż fizycznie boli…
Nie miałam kiedy napisać że mój Pan przyjechał :-) 
uspokoił rozszalałą Sukę.
I to tak cudownie uspokoił, pod każdym względem :-) 
I od środka i z zewnątrz i psychicznie i fizycznie.. a nie, fizycznie to była tylko rozgrzewka dla mnie :-) tak to już jest, przy jednym albo dwóch orgazmach :-)
Były też takie przez telefon :-) 
fajnie aczkolwiek dosyć dziwnie czułam się z nogami na ścianie :-) Ah, bo był Czarny Przyjaciel i to było całkiem ciekawe :-) zimna ściana :-) i w ogóle :-) 
ah kilka takich „razów” było :-) takie niespodziewane :-) 
jeden nawet przed pracą, co mnie kompletnie rozwaliło :-) 
A jak się przyjemnie później pracowało :-) nuciłam pod nosem, tanecznym krokiem chodziłam i myślałam o poranku :-) 
Jakie to słodkie było :-) i nikt nie wiedział czemu mam taki doskonały humor… :-)
Aaa, moja słodka tajemnica :-) 
Tylko hmm.. :-) 
Chciałabym coś MOCNIEJ.. :-) jeju no tęsknię za laniem… :-) czegoś mi brakuje.. :-) 
Tego wszystkiego, co było na spotkaniach… :-) 
Już cokolwiek poczuć, nawet trzcinkę, albo chociaż kabelek.. :-)
W sumie ostatnio to sama kabelkiem się trzaskałam.. jak skakałam na skakance. Jedna jest z materiału ale nie umiem jej obsługiwać (to taka wymówka.. ;-) ), i jest skakanka z żyłki i z takiego kabla. 
Żyłką bardzo bolało jak uda obijałam :-) a kabelkiem :-)
aż mnie dreszcze przelatywały :-) 
Tylko to nie były celowe działania. Plątałam się w tym kablu iii a to z tyłu na łydki padało, później na uda.. i chodziłam z takimi śladami. 
Po jednym dniu znikały.. :-( 
smutne :-) ale tak to już ze mną jest ;-) 
Ostatnio myślałam, jakby to było stanąć po drugiej stronie bata :-) irracjonalne, ale :-) złożyłam skakankę na pół. I już kombinowałam, na kim można byłoby użyć, jak, czy by mi się spodobało.. :-) 
Ale odsunęłam te myśl od siebie. 
Na razie wolę być po tej właściwej, ULUBIONEJ stronie bata :-) 
Na wszystko przyjdzie czas i miejsce…

Kolejny raz nie wiem, kiedy napiszę ;-) 
może za kilka dni, może kilka tygodni :-) a może zaraz ;-) 
Jedno wiem na pewno.
NAPISZĘ.

 

 


Ah, te szybkie numerki *rozmarzona*… ;-)

 

 

Su Anusz.

… I feel crazy…!

Standardowy

all night

Już tyle czasu minęło…

Czuję jak zimną falą oblewa mnie obojętność.
Zaskakujące są moje zmienne nastroje, raz jest to śmiech, niemal histeryczny a raz oklapnięcie i stan depresyjny.
Teraz faza obojętności.
Jest słońce, dobrze. Nie ma, wszystko mi jedno.
Nie chcę narzekać, naciskać, jęczeć, marudzić, ale..
Czasem to trudne. Nie pomaga już tłumaczenie, że cierpliwość zostanie kiedyś nagrodzona.
Kiedyś na pewno. Ale czy to będzie za tydzień, miesiąc, czy.. ha.. pół roku?
Kto to wie?
W tym tygodniu troche się zmieni. Wyjdę z tego piekła, w które się wpakowałam 3 miesiące temu.
Mam nadzieję że zacznie się coś dobrego. Lepszego. Nie liczę na jakiś raj. Ale do tego koszmaru, w którym spędziłam 3 miesiące nie wrócę.
Nie chodzi o moją relację z Panem. W tej kwestii nie ma piekła i liczę na to, że jednak jest ok w takim stopniu, że jak wykażę się odpowiednią dozą cierpliwości, to tak jak pisałam wcześniej. Zostanie ona nagrodzona.

Myślę, że to nie bedzie łatwe.
Myślę, że na dobry początek będzie potrzebna rozmowa. Jest jedna kwestia, która nie daje mi spokoju, kwestia do której się przyzwyczaiłam, a od stycznia jej nie ma.
Wykazałam się zdecydowaniem i.. poszło w nie tą stronę, którą bym chciała.
Czasem jest jakiś cień nadziei, ale już nie wstępuje we mnie taka euforia jak wcześniej. Bo po euforii przychodził smutek, czułam się delikatnie zawiedziona, bo to jednak nie było to.

Zawsze kiedyś wychodzi słońce.
Mocno w to wierzę.
Znowu potrzeba cierpliwości. I chęci. Pewności. No i oczywiście rozmowy.
Nie musze się do niej przygotowywać. Układać pięknych, poetyckich zdań, bo to, co najważniejsze mówi się prostym językiem, tak prosto z serca.
Piekne i poetyckie mogą być błagania, prośby albo przeprosiny.
To juz przy okazji mogę sobie ułożyć podczas jednej z podróży w tym tygodniu.
W każdym razie.. ta abstynencja.. czuję się jak taka roślinka wyschnięta. A ta obojętność to swoją drogą.
Czasem mam omamy, mam wrazenie że czuję zapach mojego Pana, czasem widze go w przypadkowych ludziach, po kilku mrugnięciach oczami okazuje się że to tylko wyobraźnia płata mi figle, kiedyś miałam wrażenie, ze słyszę Jego głos..

Jeśli chodzi o klimatyczne fantazje.. nic się nie zmieniło.

Czasem, po przebudzeniu jak się przeciągam, składam ręce ponad głową tak, jakbym szykowała się do wiązania. Krzyżuję w nadgarstkach i czuję jak moje ciało się napina.
Czasem opieram sie o ścianę czekając, aż zostanę do niej przyciśnięta bez możliwości ruchu.
A najczęsciej po prostu wyobrażam sobie, jak będzie wyglądało Nasze Pierwsze Spotkanie Po.
Zastanawiam się, co założę na siebie, czy sukienkę i szpilki, czy może odważe się na gorset i spódniczkę, a może coś grzecznego? Każdego dnia wymyślam inny zestaw… albo czym mogłabym zaskoczyć Pana, co bym mogła zrobić, albo co On mógłby mi zrobić, co by się mogło zdarzyć… i tak dalej, płynę w temacie…
Często zdarza mi się wspominać ostatnią Klimatyczną. Nie od razu wszystko, co sie działo. Tak etapami. Raz przypomnni mi się kuchnia i stół, przy którym siedziało tak duzo osób, tak często się wymieniali, że nie sposób ich zliczyć, innym razem przypominam sobie, jak byłam przywiązana do krzyża i nagle poczułam te milion dłoni, strach przed nieznanym, bo co się dzieje?
Ta ciekawość, te emocje, to wszystko wraca. Strach na przemian z podnieceniem.
Chociaż.. ostatnio częściej podniecenie.. ze względu na wizje tego, co mogłabym zrobić na spotkaniu..
W każdym razie!
Najważniejsza: CIERPLIWOŚĆ.

Bo tęsknię. Tęsknię bardzo. Im więcej myślę o tym spotkaniu, które przecież kiedyś się odbędzie, tym bardziej tęsknię. Miotam się w sobie, miotam się na łóżku, nie mogę miejsca sobie znaleźć.
No i te stany.
Czuję jak zimną falą oblewa mnie obojętność.
Zaskakujące są moje zmienne nastroje, raz jest to śmiech, niemal histeryczny a raz oklapnięcie i stan depresyjny…

Su Anusz.

 

Nieposkromiona.

Standardowy

No Pan wczoraj pozwolił. Na wiele.
Czego się nie spodziewałam.
Jestem wdzięczna. Potrzebowałam tego, Pan dobrze o tym wiedział i pozwolił!
a ja prawie zemdlałam z wrażenia!
Nie mogłam się doczekać, jak już na spokojnie położę się w łóżku!
Wyjątkowo wisienki poszły w ruch. Ale dały taki efekt.. że już mimo tego bólu przy zdejmowaniu musimy je wprowadzić NA STAŁE.
Do teraz zastanawia mnie jak to możliwe, ból ale przy zdejmowaniu jak ten ból wzrastał tak samo orgazm podnosił się wyżej i wyżej.
Jak to możliwe, że między bólem a rozkoszą jest taka subtelna granica?
Albo jak to możliwe, że ból podkręca podniecenie?
Samo myślenie o klapsach, pasie czy dyscyplinie, ostatnio nawet o trzcince (!) potrafi nakręcić..
W każdym razie.. 
Zaspokojona tak troszeczkę. Dla mnie dwa orgazmy to rozgrzewka. 
Ale na następne spotkanie będę dobrze przygotowana, bo teraz nie mogę zapomnieć o minionej nocy. 
bo wolałabym, żeby to PAN mnie dotykał, mój Pan, dotykać, pieprzyć, głaskać, lać i tak w kółko. No i przytulać. A ja bym Go miziała, głaskała, dotykała, całowała i te inne słodsze rzeczy, bo mój Pan zasługuje na wszystko, co Najlepsze. 

Tak jak w moich fantazjach…

 

 

Su Anusz. 

Chroniczny brak czasu.

Standardowy

Ostatnio tego czasu brak.
Nie do końca mi się to podoba, bo straciłam możliwość realizowania różnych rzeczy…
Rano wychodze, wieczorem przychodzę i jedyne na co starcza mi czasu to prysznic, coś przegryźć, plan i zdjęcia plus wpis, ale i to niecodziennie.
Jak to Pan powiedział, zaczęło się dorosłe życie.
Teraz zauważam jak lekko żyłam.
O ile wcześniej realizowałam swoje pomysły od razu tak teraz.. jeśli coś do głowy mi przyjdzie to zapisuję i zostawiam. Na lepsze czasy.
Nie chodzi o to że nie miałam pojęcia o życiu. Może tylko.. delikatnie inaczej to wszystko sobie wyobrażałam..
Zaniedbałam nawet Suczy, co w przeszłości było nie do pomyślenia.
Postaram się nieco częściej pisać. Nawet jeśli by to miało być jedno zdanie.
Ale generalnie nic się u mnie nie zmieniło.
Nadal pragnę, nadal marzę, nadal moja wyobraźnia przekracza wszelkie granice.
Jeszcze jestem „na głodzie”, także czasem natrętne myśli nie dają mi spokoju.
To nie jest źle że mam takie mysli, sma Pan tak mówi, że to nie źle że moje myśli poniecają i nie dają spokoju.
Czekam tylko, eh, czekam na to spełnienie. Na to ukojenie. Jak w końcu się spotkamy.
Jak już będzie tak ciepło, tak spokojnie i bezpiecznie, tak cudownie i wspaniale…
O niczym innym tak naprawde nie mysle jak o spotkaniu. To już jest niemal bolesne…
Palące pragnienie i to poczucie związanych rąk mimo szczerych chęci..
Ale należy okazać cierpliwość i czekać.
Ale jakie to będzie piękne, jak juz nadejdzie ten dzień, jak dzień wcześniej zaczne się szykować a kolejnego będe się ubierac z drżącymi nogami i sercem! I wnętrzem…
Już niemal czuje to podekscytowanie! To, jak się denerwuję i zastanawiam się, czy zdąże na czas! Czy nie połamię nóg w szpilkach! Czy spódniczka nie jest za krótka i nie wystaje koronka z pończoch!
Ojeju spokojnie…
To będzie piękne…!

Su Anusz.

PODRÓŻ W NIEZNANE – POWRÓT NA ZIEMIĘ

Standardowy

Przebierałam się.
Szybko mi poszło. Spakowałam resztę rzeczy. Ciągle po ustach błądził mi delikatny uśmiech.

Kolejna kartka ze wspomnieniami :-)
Poszłam do kuchni, do Pana, stanęłam obok Niego (robiłam to cały poprzedni wieczór, nie odklejałam sie od Pana ani na krok!) i już powoli wychodziliśmy.
Pożegnaliśmy się jeszcze z pozostałymi, Najwytrwalszymi :-)
I wyszliśmy.
Pan zajął się samochodem, bo to wtedy zimno strasznie było, a ja poszłam kilka kroków dalej do zamarzniętej kałuży.
Oczywiście tak tupałam, tak tupałam, że zrobiłam dziurę. Odeszłam stamtąd z miną „Ale to nie ja…” i Pan patrzył na mnie. I mówi, odeszłaś bez pytania, jednak trzeba ci przypomnieć kilka rzeczy. I się uśmiechnął! Lubię jak mówi takie straaaszne rzeczy i sie uśmiecha :-)
Byłam ostatnimi czasy niegrzeczna.. no oooj.. Pan mówi, że zapomniałam o kilku rzeczach i trzeba wprowadzić surowsza dyscyplinę..
Eh.. ale ja się poprawię.. naprawdę..
I trzeba było wracać. Na ziemię. Ale ja tego nie lubię. Masakra..
Tyłek czułam. Naprawdę czułam, śladów nie było, ale bolało jak siadałam. I jak leżałam. I jak chodziłam. Przez pierwsze dni, bo później bolało jak siedziałam.
I jeszcze tego samego dnia napisałam wpis na Nasz blog. Mimo wszystko wolę pisać z perspektywy czasu o różnych wydarzeniach.
Z drugiej strony jak pisze od razu to pisze z tymi emocjami, które mi aktualnie towarzyszą.
Ale jednak, po czasie lepiej mi pisać.

***
Kolejne dni nie bybły zbyt wesołe..głównie przez to moje idioctwo. W jedym momencie przestałam czuć złość, a poczułam wyrzuty sumienia. Było mi głupio, i ciągle mi tak jest. Po prostu byłam niesprawiedliwa.
Nie byłam nadąsana ani nawet fochnięta, tylko zła. Niepotrzebnie. Wyrzucałam sobie ciągle, jak mogłam sie tak zachować.. Coś mnie ugryzło i koniec. Nakręcałam się, poza tym moja wybujała wyobraźnia wcale nie pomagała…
Żałuję. Żałuję tego, co zrobiłam. Co powiedziałam. Czasu się nie da cofnąć, ani nie da się wymazać tego, co się zrobiło lub powiedziało. Ale jeśli miałabym taką możliwość, to naprawiłabym to, co zepsułam, dla jak najlepszego efektu włożyłabym w to całe swoje serce, poświęciłabym na to tyle czasu, ile trzeba i użyłabym wszystkich dostepnych środków.
Po prostu nie chciałam tak zmaścić no..
Eh.. mam nadzieję, taką cichą, że Pan da mi szansę, chociaż malutką, zeby to naprawić.. I pokazać, że naprawdę żałuję…

 ~*~*~

Mimo że minęło kilka miesięcy… bo aż 4. Nadal uważam, z tej dalszej perspektywy, że zachowałam się karygodnie. Trochę mi wstyd. No może nie troche tylko jednak bardzo. Obiecałam sobie. Że więcej tak się nie zachowam. Bo nie mam podstaw. Wszystko jest jasne i czyste. Nie ma powodu do takiego zachowania niegodnego Suki.
Powinnam mieć za to tyłek cały w pręgach.
I tak do cholery, jestem na siebie zła…

Podróż w nieznane zakończona…

Su Anusz.