Zadania: Wisienki i Ptyś.

Standardowy

Wczoraj.
Eh, wczoraj to było przypomnienie wisienek.
Na 10 minut.
Były te maleńkie…
Nigdy więcej malutkich wisienek. Muszę to zapamiętać.
Te większe, ozdobne, wydaje mi się osobiście że lepiej się rozkłada ból, przynajmniej w moim odczuciu.
Wyszłam z sali. Założyłam. Ledwo założyłam pierwszą już chciałam ją zdejmować. Złapałam mocniej sutek. Nie mogłam bardziej „otworzyć” wisienki, ale w końcu wsunęłam sutka i zacisnęłam zęby.
Ufff, oddychaj, spokojnie…
Później druga strona. Chciałam jak najszybciej wrócić do sali, przeczekać 10 minut i zdjąć je.
Zapomniałam zdjęcia zrobić.
Odchyliłam ponownie stanik, cyknęłam foto i z grymasem spojrzałam w lustro. Dasz radę.
Maskując emocje, jednocześnie idąc tak, jakbym co najmniej miała ptysia w środku opuściłam toaletę.
Oddychałam głęboko, co nie uszło uwadze niektórych zgromadzonych.
Przy każdym ruchu, nawet najmniejszym czułam zaciskające się wisienki, bolało coraz bardziej.
Po 4 minutach prosiłam Pana, żeby pozwolił mi je już ściągnąć.
Odechciało mi się mówić. I spoglądałam niecierpliwie na zegarek.
Minuta, dwie, trzy, trzy, trzy, cztery…
W końcu wybiło 10 minut, było 13 minut po.. po 16? Coś w ten deseń. 
Chcąc jak najszybciej znaleźć się w łazience, zaplątałam się po drodze w kable prawie lądując na ziemi. Oczywiście każdy ruch przypominał mi o tym, że łazienka czeka..
Jak już zamknęłam drzwi i odsłoniłam piersi stanęłam przed dylematem.
Szybko czy wolno…?
Pamiętając, jaki ból towarzyszy zdejmowaniu wisienek szybko, spróbowałam delikatnie i powoli.
Nagłe przerażenie przy zwalnianiu ucisku, bo czuję ból, ale nie chce się odczepić wisienka.. mocno i boleśnie wpiła się w skórę wokół sutka..
Oczywiście panika. Co teraz. Ale w końcu się odkleiło… Powoli napływała krew a mnie napływały łzy do oczu…
Druga. Powtórzyła się historia.
No i koniec.. odpadłam. Najpierw zwyzywałam wszystko co możliwe, później usiadłam i się rozpłakałam. Najgorsze było to, że nie mogłam się uspokoić.
Ból ciągle był i ciągle, nieprzerwanym strumieniem, irytujący, oznajmiający, hej, ja tu jestem i nie dam ci spokoju..
Spojrzałam na siebie w lustrze. O nie, tak nie wyjdę zdecydowanie.
Zaczęłam się powoli uspokajać. Przecież zaraz zaczną mnie szukać…
I nie myliłam się, już dwie osoby wyruszyły na poszukiwania.
Jeszcze zamoczyłam dłoń w lodowatej wodzie, przyłożyłam do sutków, ale efekt był inny niż chciałam. Także przestałam.
Wytarłam rozmazany makijaż. I wyszłam.
Sutki ocierały się o stanik, nie mogłam się już na niczym skupić..
Jak jechałam do domu było już ok.
Tak już jakiś czas temu, że nie docenia się stanu, kiedy wszystko jest dobrze. Kiedy nie ma bólu.
Jak już coś boli, to robi się niewygodnie. I dopiero wtedy docenia się te czasy, kiedy było dobrze. Przynajmniej ja tak mam.

Wieczorem przyszedł czas na ptysia.
Pół godziny.
Jeśli aplikacja była nieco kłopotliwa, tak już nabijanie się na niego i kręcenie biodrami  było całkiem ok.
A spacer do sklepu :-) no kosmos :-)
No ok, sklep pod nosem, ale zawsze coś.
Poza tym szłam dwa razy.
Ale podobało mi się. Bardzo mi się podobało iii kurczę. Zastanawiam się kiedy idę na dłuższe zakupy. Chyba w środę to może…? :-)

A dzisiaj trochę taki dziwny stan chronicznego nakręcenia.. :-)
Pan oczywiście o to zadbał :-)
Takie rzeczy mi pisze że.. o masakra..
A napięcie w środku rośnie..
Coś z tym trzeba zrobić… ;-)

 

 

Su Anusz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>