Suka i lanie – historia prawdziwa

Film

Nie pamiętam w jaki sposób znalazłam się na ziemi. Klęcząca, wypięta, oparta o łóżko. Na drugi dzień uświadomiłam sobie, że to było zaraz po tym, jak zostałam sprowadzona na kolana, wytrzaskana po pysku gdy z moich ust padało raz za razem „Przepraszam” wypowiadane drżącym głosem.
Zatarte wspomnienie tego co się działo, zdominowane przez ból, gdy padło pierwsze uderzenie.
Kara.
Zaczęło się od zachowania niegodnego Suki poprzedniego dnia. Ciągła dyskusja, pokazywanie że mam rację a w końcu duet DĄS i FOCH.
Tego było za wiele. Czułam że przesadziłam.
Nie wiedziałam tylko, że mój Pan najcudowniejszy, wspaniałomyślny i w ogóle planował na kolejny dzień spotkanie, które przez moje nieposłuszeństwo i brak pokory zmienił swój charakter.
Perspektywa chłosty przez własną głupotę, jak spotkanie mogło wyglądać inaczej sprawiała, że czułam się jeszcze bardziej podle. Ale mimo tego nie mogłam się doczekać tego spotkania, bo po tak długim czasie oczekiwania i abstynencji.. kara wydawała mi się dodatkiem.
Chociaż lekki stres odczuwałam.
I pojechaliśmy do Zielonego Apartamentu, tak mi się ta nazwa spodobała, że już tylko jej używam.
Przypomniało mi się od razu jak byliśmy w tym miejscu ostatnim razem. Wtedy okoliczności były podobne, ale przebiegły zupełnie inaczej.
Teraz, opierając się o łóżko, ściskałam w dłoniach prześcieradło i czekałam.
Nie mam pojęcia czy to poczucie winy które wzbierało we mnie od poprzedniego dnia pomieszało się z grozą sytuacji, bo nagle mój Pan stał się jakby taki odległy, zimny, nieprzejednany, jak nie on…
Ale zaczęły mi się do oczu cisnąć łzy. A jeszcze się dobrze nie rozkręciło.
Powoli akcja zaczęła nabierać rumieńców.
Gwałtowne ruchy, chłodny głos Pana, nieco przyciszony ale wyraźny, ostry, przywodzący na myśl piekielną otchłań, to jak szarpnął mnie mocno za włosy zmuszając, bym się wygięła i Jego słowa.
Z wrażenia przestałam słuchać. Czułam tylko przerażenie i to że nie mogłam powstrzymać łez. Zdążyłam jeszcze w zupełnym zaskoczeniu pomyśleć, że mnie to podnieciło… 
Uderzenie. Nie wiedziałam czym. Wiedziałam tylko, że na pewno to nie jest trzcinka, którą znam.
- Wiesz za co?- doszło do mnie w końcu wyraźnie pytanie, ale nie cieszyłam się tym, ton głosu, spokojny, wyważony i groźny mówił sam za siebie.
- Tak.. wiem za co.. Panie mój… za moje wczorajsze zachowanie…- ostatnie słowa powiedziałam łamiącym się głosem. Wciąż czułam tępy ból pod pośladkami. To wrażliwe miejsce, od tego się zaczęło.
A ja nadal w swojej pozycji, sztywniałam na dźwięk spadającej trzcinki. Świst w powietrzu. Znowu. Dotyk na skórze. Podkurczam palce u stóp, niemal boleśnie, zaciskam mocniej dłonie na prześcieradle, zamykam oczy, zagryzam wargi i wtulam się mocniej w prowizoryczną poduszkę. Kolejny świst. Zapowiedź. Wiem, że niedługo wyląduje na moim tyłku, wiem że… nie kończę myśli, bo słyszę pacnięcie.
Ból znowu rozchodzi się i wnika wgłąb cały czas przypominając o sobie.
I znowu zabawa w kotka i myszkę. Jestem na granicy obłędu, zaczynam się wić i oto spada Raz, uwalniając mnie od wszelkich myśli, przyciągając do siebie niczym magnes, dając ukojenie w bólu..
I jeszcze raz i jeszcze i… koniec? Koniec. Przepadłam…
Długo się uspokajałam, wiedziałam że zasłużyłam na mocniej i więcej, ale nie potrafiłam wyjaśnić, czemu tak zareagowałam.
Teraz myślę, że mój Pan miał rację mówiąc, że nie sama chłosta mnie przeraziła, tylko ta otoczka. Jego głos, gesty, razy, nieznane…
A później :-) zobaczyłam w lustrze piękne ślady :-) czerwone :-) z czasem robiły się siwe :-)
Nie dodałam, że dłonie mojego Pana rozgrzewały moje pośladki między razami trzcinką. Ale w taki sposób, że robiło mi się biało przed oczami.

A teraz, tydzień po spotkaniu, czekam na kolejne :-)
To już w czwartek! :-) Tak niedługo! Tak bardzo nie mogę się doczekać, że aż mnie skręca! Z zewnątrz, wewnątrz, dookoła i jeszcze nie wiem jak :-)
Mam ochotę krzyczeć, ale to do czwartku jeszcze kawałek.. :-)
Pan mówi że okazja wyjątkowa, a ja.. nie mogę uwierzyć…
Bo to już minął rok. Kiedy poprosiłam o obrożę.
Rok. Okres czasu dla niektórych bez znaczenia, po prostu szare dni upływają jeden po drugim, uczucie beznadziejności i niedosytu.
Ja tak miałam. Ale ten rok był inny. Wyjątkowy.
Nastąpiło tyle zmian. Zeszłam gwałtownie z drogi, nie szłam już za tłumem tylko wytyczałam własną trasę. Niełatwą, z przeszkodami, ale czułam, że odzyskałam kontrolę nad swoim życiem. Równowagę.
Oczywiście kontrolę ma mój Pan, bezdyskusyjnie, ale w końcu nie robiłam nic pod dyktando.
Najważniejsze to poczucie, że do kogoś należę (tak bardzo za tym goniłam… czasem aż za bardzo) i to, że już nie czuję, że życie ucieka mi między palcami.
Ale przepraszam, początek, droga jaką przebyłam i to, co mnie czeka to już temat na inną historię… :-)

Su Anusz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>