Czas na karę.

Standardowy

Wtorek, 24.03.2015

Niedługo.

Sprawiedliwość mnie dosięgnie.
Kara będzie wymierzona…
Niedługo…

Nie spodziewałam się, że aż tak niedługo.
Krążyłam między blokami rozmawiając z Panem. To nie była taka rozmowa jak zwykle. Byłam spięta, zenerwowana, co chwila przygryzałam wargę i uważałam na to, co mówię. Zawsze tak jest gdy wiem, że jestem winna.
Padło pytanie. Czy chcę wiedzieć.
Ale co? Miałam ochotę powiedzieć, że bezpieczniej jest nie wiedzieć.
Tak, chcę wiedzieć.
O 15 mam być gotowa do wyjścia. To dziś, teraz, za kilka godzin spotka mnie kara.
Była 9 rano.
Żołądek skurczył się gwałtownie i na chwilę zamienił się miejscami z sercem. Zawróciło mi się w głowie.
Tak mało czasu. Chciałam żeby jednak płynął szybciej.
Miałam się przygotować. Na najgorsze. I albo nie robić makijażu, albo wziąć coś do poprawienia. Bo będzie źle.
Siwy dym czarne chmury.
A to dobrze nie wróży.
Po zakończonej rozmowie nie myślałam już o niczym innym jak o godzinie 15:00.
Chodziłam zdenerwowana, w głowie miałam różne scenariusze, od trzech facetów ubranych na czarno z furgonetką i wywiezieniem do lasu, po porwanie i zamknięcie mnie w ciemnej piwnicy nagiej, przykutej łańcuchami do ściany. Zdenerwowanie było widać także po moim zachowaniu. To były skrajności, od opryskliwości po milczenie.
Już w domu zaczęłam się przygotowywać. Prysznic, ciuchy, spakować torbę, zabrać wszystkie potrzebne rzeczy, obrożę, smycz, ptyś, wisienki…

Jeszcze się spóźniłam, bo tak słuchałam mojego Pana (kiedyś naprawdę, powinnam za to porządnie oberwać…), ale w samochodzie…
Zdenerwowanie mnie obezwładniło. Poczułam jak robię się potulna. Gdzie znów jedziemy? Skręciliśmy zupełnie tam, gdzie się nie spodziewałam. Jedziemy prosto, GPS mówi, że za 300 metrów będziemy na miejscu.
Chwila konsternacji, zmarszczyłam brwi i zaczęłam intensywnie się zastanawiać, co jest takiego w pobliżu. Nic mi nie przychodziło do głowy. Ale cieszyłam się, że to nie jest las.
I że nie przyjechała po mnie furgonetka z trzema facetami w czerni…

Pokój był bardzo przytulny.
A więc to tutaj odbędzie się egzekucja..- pomyślałam odkładając torbę i zdejmując płaszcz. Przeraziłam się jeszcze bardziej gdy zobaczyłam, że nie ma trzcinki, szpicruty ani mojego ulubionego, czarnego futerału z narzędziami rozkoszy.
Wywnioskowałam z tego, że Pan wziął coś o wiele gorszego, coś co mieści się w torbie…
Spodobała mi się zielona narzuta. Ledwo o tym pomyślałam, wylądowała na podłodze.
Za chwilę ja znalazłam się na łóżku, pchnięta mocno, całkowicie się tego nie spodziewając. Jeszcze bardziej mnie to podnieciło. Jednocześnie czułam się przerażona tym, co miało mnie jeszcze czekać.
Jednak skutecznie moja czujność została uśpiona…
Pieszczotami, pocałunkami, dotykiem i samą obecnością mojego Pana, tym, że był tak blisko mnie, czułam go, to ciepło emanujące z Jego ciała…
I ten moment, gdy mój Pan po raz pierwszy we mnie wszedł po tak długim czekaniu na Jego kutasa…
To uczucie, rozlewające się od cipki w górę, ciepło, to jak się zaciskam, wydaję z siebie cichy jęk i kierowana pragnieniem unoszę biodra wyżej, by poczuć kutasa Pana głębiej…
Drżenie całego ciała, przymknięcie powiek i rozchylenie warg w cichej satysfakcji.
I w miarę urozmaicania pieszczot, rżnięcia, wzrastający krzyk wyrywający się z mojego gardła, wycie, skamlenie, nieartykuowane słowa, błaganie o pierdolenie suczej cipy, o rżnięcie jebanej Suki.
I słowa Pana, na które zrobiło mi się strasznie głupio… mimo tego, jak się zachowałam, jak niedopuszczalnie się zachowałam, karygodnie, mój Pan zabrał mnie i potraktował jak księżniczkę…
Oraz upomnienie.
Sznurem. I kabelkami. Ze sznurem się bliżej zakoleguję, był mocny, oczywiście, najbardziej na udach. Bo z kabelkami to raczej się nie zaprzyjaźnię. Ona są takie bezwzględne…
Ale sznur jak najbardziej.
Dostałam jeszcze 3 kabelki na uda. Pokrywały się z siniakami z ostatniego razu, z niedzieli. A i tak miałam nowe, bo mój Pan strasznie chciał mnie jeszcze posmakować.
Wisienki też miały swój debiut tego popołudnia. Na sutkach, na cipce, a ja niemal oszalałam…
Był czas również na pozycję, której jeszcze nie próbowałam i przyznaję, robi wrażenie.
I coś, czego nienawidzę.
Łaskotanie.
Niestety, mam to do siebie, że gdziekolwiek by się mnie nie dotknęło mam łaskotki. To moje przekleństwo.
Mój Pan już snuł wizje, jak to mnie zwiąże niczym baleron na święta i załaskocze. Widziałam jego przebiegły uśmieszek, ten pełen zadowolenia i już wiedziałam, że snuje całkiem poważnie te wizje. Na słowa, że zacznie od stóp zadrżałam. Tylko nie stopy! Błagam, tylko nie to…
Czy ja musiałam zostać obdarzona wrażliwością na całym ciele???

Najadłam się strachu niesamowicie. Sam strach, to oczekiwanie na nie wiadomo co, dużo dało. Czułam się wycieńczona.
Ale kolejne dni wydawały się być zaprzeczeniem skuteczności tego wymiaru…

Kolejny raz nie wiedziałam kiedy ten czas upłynął. 5 godzin to wcale nie jest mało. Wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Od tamtej pory na sam widok, dźwięk słowa „NIEDŁUGO” zastanawiam się z lekkim podekscytowaniem, czy zaraz nie dostanę SMSa o treści „15 minut Suko”…


Su Anusz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>