Nocna przemiana.

Notatka na marginesie

Nadszedł późny wieczór, który można zaliczyć do młodej nocy.
Siedzę sobie, a właściwie leżę, oj tam, jak zwał tak zwał, z ptysiem w swojej analnej dziurce, dziś aplikacja nie była problematyczna, wręcz przeciwnie, jest całkiem dobrze. Zaciskam się mocniej na najwęższej części, kręcę biodrami by spotęgować to uczucie, nabijam się by poczuć go jeszcze głębiej… Przy pozbywaniu się, podczas tego jak powoli będzie się ze mnie wysuwał będę się nim pieprzyć, ale tylko chwilę, żeby nie było za dobrze i będę czekać na następną aplikację. Trening powrócił, było kilka dni przerwy, ale wrócił do łask, i po tych kilku dniach przerwy jest jeszcze lepiej niż poprzednio.
Ale.
Mimo ptysia w środku, mam ochotę na bunt. Siedziałam przez jakiś czas naburmuszona, przewracałam oczami jak czytałam SMSy od mojego Pana i dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że gdyby widział jak przewracam oczami byłoby… nieciekawie. Albo jak się dąsam. Miałabym przerąbane.
Ale to było tylko chwilowe. Naprawdę. Chęć postawienia się i powiedzenia “Nie, nie zrobię tak i tyle”, tupanie, wierzganie, wszystko, by udowodnić, że mam rację.
Ale przecież tak nie mogę. Mam ochotę warczeć, gryźć, drapać…
Ale za chwilę pragnę się łasić, skamleć, prosić… błagać…
Tak, błagać o wychłostanie.. myślę o tym.
Najwięcej moich fantazji zajmuje aksamitna dyscyplina. Czuć ją na plecach, pośladkach… udach… drżeć czekając na to, aż dotknie skóry, kiedy spada, słuchać jej charakterystycznego, soczystego dźwięku, kiedy powoli zsuwa się z miejsca czuć piekący, promieniujący ból… Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o smaganie. To jest… oryginalne jeśli chodzi o odczucia, tak, jakby wbijało się milion szpilek w to jedno, konkretne miejsce. I to jest coś, za czym nie przepadam.
Nie lubię się blisko zaznajamiać ze szpicrutą, kabelkami czy trzcinką. Ale jak już kończy się randka z którymś z nich to później myślę z takim lekkim żalem, że mogłoby być więcej, albo że mogła jednak być trzcinka…
Tak to ze mną jest, ostatnio ślady bardzo szybko mi znikają. Wieczorem są, rano nie ma.
Mój Pan powiedział, że trzeba zwiększyć siłę. O rany, naprawdę…?
Lubię ślady, lubię je w lustrze oglądać i lubię wtedy wspominać. Nie, ja ślady wprost uwielbiam.
Podsumowując, ptyś sprawuje się dziś bardzo dobrze, bunt został stłumiony, pragnę być wychłostana przez mojego Pana i skrycie marzę o aksamitnej dyscyplinie.

Status: Oczekuje…

Su Anusz.

P.S.: Myślę o moim wspaniałym Panu i tęsknię…

Początki.

Standardowy

Początkiem było nieśmiałe podchodzenie do klimatu BDSM. Sny o takimże zabarwieniu, kiedy to nie wiedziałam skąd mi się takie rzeczy biorą w głowie, no jak tak można, przecież to niedopuszczalne, delikatne zainteresowanie bólem, dlaczego tak boli bardziej a tak mniej, a spróbuje mocniej ścisnąć, co wtedy, wracałam też myślami do swojego dzieciństwa… i pragnienie przynależności do kogoś. Spełniania życzeń, zachcianek, niewygodnych próśb. Wiem, że to nie tylko na tym polega, ale… moje postrzeganie tego wyjątkowego świata było spaczone. Przez otoczenie, przez „doświadczonych” ludzi… Zawsze czułam się bardziej uległa, wiedziałam że taka jestem i najgorsze, na wszystko się zgadzałam (mój Pan mnie tego oduczył, stałam się asertywniejsza :-) ). Specjalnie mi to nie przeszkadzało, a otoczenie zgrabnie wykorzystywało moje posłuszeństwo. Nie widziałam w tym nic złego…
Szukałam siebie. Błądziłam, krążyłam, próbowałam. Byłam zdecydowana na wejście w relację, byłam tego pewna, chciałam to wszystko poznać, ale… to inna historia. 
Przyznaję, po lekturze „50 twarzy Greya” moje pragnienie pogłębiło się. Jak czytałam o wiązaniu, czy o tych wszystkich szpicrutach, pasach i tak dalej… Widziałam siebie w takiej roli, zastanawiałam się, jakie to uczucie, dostać pasem… ale po tym czasie, po pół roku w roli Su stwierdzam, że jeśli bardzo tego pragniemy, to rzeczywistość może być jeszcze lepsza niż film czy książka. I jeśli oczywiście mamy odwagę wyłamać się ze schematów, spełniać swoje marzenia… długo wymieniać :-)
Trafiając na mojego Pana… może z początku uważałam, że wszystko co mówi jest jedną wielką bajką, że może znów będzie dwa tygodnie wydawania rozkazów, koniecznie przez telefon, rozmowy raz na jakiś czas, może i w ogóle, kilka SMSów w ciągu dnia, no może w drodze wyjątku spotkanie i koniec, to z czasem przekonywałam się, że to nie jest żadna ściema i że moje marzenie powoli się spełnia.
Początek, ten przełomowy, nie należał do łatwych. Droga do tego, kim się stałam, kim jestem też nie należała do prostych i przyjemnych. Ale nikt nie mówił że będzie łatwo. 
Byłam Nieposłuszna :-) jak nieoswojona, zdziczała Suka, ciągle nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę, że zaraz się skończy. Ostro się wyłamywałam i nie chciałam dać się zbliżyć do siebie.
Teraz, jak patrzę na siebie z tamtego okresu czasu… Uśmiecham się z pobłażliwością dla swojej osoby. Taka prawda, miotałam się, nie wiedziałam kim jestem, co mam robić, w jakim kierunku podążać…
Mój Pan mnie zmienił. 
Nadał sens mojemu życiu. Wiem kim jestem, co mam robić, dla kogo i  mam cel. By być jeszcze lepszą Suką.
Ciągle myślę, jakie to niesamowite szczęście, że mój Pan znalazł mnie, samotne, zagubione Suczątko pośród wielkiego stada i postanowił się mną zaopiekować i wytrenować szpicrutą i przyjaciółmi… 

Pokorna jak zawsze, 

Su Anusz.